8 marca 2025

Patriarkh / Патриархь – Prorok Ilja / Пророк Илия [2025]

Patriarkh / Патриархь - Prorok Ilja / Пророк Илия recenzja reviewNiewiele zjawisk na polskiej scenie przeszło mi tak bardzo koło pięciu liter, jak Батюшка, jej schizma i późniejsze sądowe cyrki między jej pomysłodawcami, toteż nigdy bym się nie spodziewał, że pewnego dnia następca odnogi „krysiukowej”, Патриархь, trafi w moje ręce. A trafił. I to wcale nie był koniec zaskoczeń, bo trafił również w mój gust. Kto wie, może to jeden ze zwiastunów objawionego prorokowi Eliaszowi Klimowiczowi przez boga końca świata?

Do Пророк Илия podchodziłem bez uprzedzeń, ale i jakichś szczególnych nadziei czy zainteresowania, w dodatku otulony mgiełką ignorancji – kto, z kim, o czym i po co. Se posłucham, se zobaczę – co mi tam szkodzi. Ku memu ogromnemu zdumieniu materiał zażarł od razu, a entuzjazm i wrażenia z pierwszego odpalenia utrzymały się niezachwiane nawet po późniejszej ich weryfikacji na chłodno. Oznacza to, że Патриархь stworzyli naprawdę zacny album, który intryguje nietuzinkowym konceptem (warto sobie doczytać), przykuwa uwagę klimatem, imponuje wykonaniem i zostaje w głowie na dłużej dzięki trzem powyższym.

Black metal i muzyka ludowa to połączenie, które zawsze mnie odpychało swoją przaśnością (zwłaszcza w wykonaniu kapel ze Wschodu), jednak w wersji Патриархь (swoją drogą, też ze Wschodu, tyle że bliższego) ma swój urok i odpowiednią moc, a przede wszystkim nie zalatuje charakterystyczną dla tamtych rejonów artystyczną oborą. Wynika to zapewne z dobranych z wyczuciem proporcji (black wcale nie wydaje się tu dominujący), bogactwa użytych środków wyrazu, dużej dbałości o aranżacyjne detale (Pavulon…) i prostego faktu, że muzycy zespołu (i sesyjni od instrumentów niemetalowych) potrafią grać, więc nie ograniczają się do najbardziej oczywistych rozwiązań ani nie popadają w banały.

Пророк Илия brzmi spójnie i naturalnie, a pomimo tego, że w utworach mieszają się elementy różnych, w tym dalekich od siebie stylistyk i występuje w nich ogromna różnorodność wokalna (od blackowych wrzasków, poprzez chóry, po delikatne damskie zawodzenie; osobną kwestią jest narrator), całość wcale nie sprawia wrażenia przeładowanej czy przekombinowanej. Z mojej perspektywy wszystkiego jest w punkt, więc album płynie bez najmniejszych zgrzytów, by na koniec pozostawić słuchacza z uczuciem lekkiego niedosytu. Pewne skojarzenia z soundtrackiem do „Dzikiego Gonu” też mogą być na rzeczy…

Jedyny poważniejszy problem, jaki mam z Патриархь, to siłowe wrzaski Barta. Raz, że ich… hmm… barwa nie podchodzi mi jeszcze od czasów Hermh, a dwa, że w przypadku tego materiału zwykle zaburzają nastrój tworzony z takim pietyzmem przez instrumentalistów i czysto śpiewających wokalistów/wokalistki. Owszem, da się wyczuć, że niekiedy takie gwałtowne przełamanie jest zastosowane celowo dla dramaturgii utworu, ale częściej darcie japy wydaje mi się jednak przesadzone.

Пророк Илия to dla mnie płyta-niespodzianka – coś, czego w ogóle nie wypatrywałem, a czego teraz — po wielu sesjach i wkręceniu się w temat sekty Eliasza — naprawdę by mi brakowało. Materiał do tego stopnia działa na wyobraźnię, że wybierając się kiedyś w tamte rejony, na pewno postaram się zahaczyć też o Wierszalin.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.patriarkh.pl





Udostępnij:

2 marca 2025

Akurion – Come Forth To Me [2020]

Akurion - Come Forth To Me recenzja reviewCzasy mamy takie, że gdzie się nie obejrzeć, tam wyskakuje kolejny super-gwiazdorski projekt, który poza rozpoznawalnymi nazwiskami (a i to nie zawsze) nie ma nic wartościowego do zaoferowania. Do rzadkości należą natomiast sytuacje, żeby w jednym zespole spotkały się AŻ takie osobistości, jak to ma miejsce w przypadku Akurion, a rezultat ich współpracy, choć nie idealny, był naprawdę godny uwagi. Nie bez znaczenia jest także to, że muzyka z Come Forth To Me nie jest aż tak oczywista, jak by to w prostej linii wynikało ze składu, mimo iż wydawca ma na ten temat inne zdanie i promuje ją w niewyszukany sposób.

W 2012 roku Rob Milley, Tommy McKinnon, Mike DiSalvo i Olivier Pinard połączyli siły pod szyldem Akurion, a mnie z miejsca pociekła ślinka na myśl, co też wyjdzie spod palców tak utytułowanej ekipy. Starałem się śledzić każdy krok zespołu, rozbierać na części każdy najmniejszy nius, żeby tylko wyłapać jakiś konkret – tych jednak przez długi czas nie było, choć muzycy ciągle zapewniali, że „coś się dzieje”. W 2018 materiał na debiut został wreszcie skończony i miało być już z górki, ale niestety w tym samym roku zmarła małżonka DiSalvo i cały projekt utknął w nomen omen martwym punkcie. Trzeba było kolejnych dwóch lat, by Come Forth To Me został upubliczniony. Jako drugie Cryptopsy…

Akurion to oczywiście death metal: gęsty, techniczny, rozbudowany i momentami dość nastrojowy, ale absolutnie nie można go podciągnąć pod Cryptopsy i to obojętnie z jakiego okresu. Za to już od pierwszych riffów słychać tu styl i pomysły charakterystyczne dla skromnego człowieka odpowiedzialnego za „The Thin Line Between” i „Asylon”. Come Forth To Me ma sporo punktów wspólnych z tymi płytami – im więcej ich jest — jak w znakomitym „Petals From A Rose Eventually Wither To Black” — tym lepiej i atrakcyjniej dla mnie to brzmi. Mimo to byłbym daleki od rozpatrywania Akurion w kategoriach kontynuacji albo nowego wcielenia Neuraxis; po pierwsze – ze względu na inne podejście do eksperymentów, po drugie – zaskakująco istotny dla całości klimat, po trzecie – trudniejsze do ogarnięcia struktury i mniejszą chwytliwość.

Muzycy Akurion stworzyli prawie godzinnego potwora, który choć nie wybiega daleko poza ramy tradycyjnego death metalu (nie licząc orkiestracji/ambientów), jest na tyle intensywny, zróżnicowany i skomplikowany, że dla mniej uważnych odbiorców może stanowić spore wyzwanie, od którego zwyczajnie się odbiją. Bez odpowiedniego nastawienia i dozy cierpliwości wiele motywów czy zagrywek można zaledwie liznąć, do innych w ogóle się nie dokopać, zaś cała płyta w pewnym momencie przytłoczy i zacznie męczyć. Innymi słowy mamy tu do czynienia z krążkiem dla zaangażowanych słuchaczy tudzież muzycznych snobów.

Na Come Forth To Me trafiło mnóstwo znakomicie przemyślanej, zaaranżowanej, rewelacyjnie wykonanej i potężnie brzmiącej muzyki, która — jeśli dać jej dobrze się przegryźć — na długo zostaje w głowie. Takie utwory jak „Leave Them Scars”, „Yet Ye See Them Not”, „Wallow In Magnificent Pity”, „Year Of The Long Pig” i przede wszystkim „Petals From A Rose Eventually Wither To Black” potrafią porządnie potargać jelita i świadczą o wielkim kunszcie ich twórców. Nie znaczy to jednak, że to album pozbawiony wad. Najsłabszym jego punktem wydają mi się wokale – DiSalvo, choć ogólnie daje radę, nie ma już tej mocy, co 20 lat wcześniej, w dodatku w co gęstszych fragmentach wydaje się nie nadążać za kolegami. Poza tym niektóre utwory długo się rozkręcają lub są z lekka przeciągnięte. Dobrym przykładem jest prawie dwunastominutowty „Souvenir Gardens”, który można było rozbić na dwa różne stylistycznie kawałki; można też było zrezygnować z jego pierwszej ambientowej części, bo pomimo tego, że maczał w niej palce Luc Lemay, to niczego ciekawego nie wnosi.

Debiut Akurion na pewno nie spełnił moich oczekiwań — bo nastawiałem się na trzęsienie ziemi i absolut — jednak nie potrafię przejść obok niego obojętnie i często go odpalam. Wbrew pozorom to wcale nie jest typowy techniczny death metal, jaki w Kanadzie dobiega z co drugiej sali prób.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AkurionOfficial

podobne płyty:


Udostępnij:

23 lutego 2025

Ass To Mouth – Enemy Of The Human Race [2024]

Ass To Mouth - Enemy Of The Human Race recenzja reviewDobrego grindu ci u nas niedostatek, więc i takie, skromne objętościowo płytki przyjmuję z dużą radością. W dwudziestą rocznicę powstania zespołu i dziesiątą wydania „Degenerate” Ass To Mouth uraczyli nas krążkiem numer trzy. Krążkiem, który chociaż w żaden sposób nie jest przełomowy, potwierdza wysoką pozycję kapeli na europejskiej scenie. Zdawać by się mogło, że z powodu tak długiej przerwy chłopaki będą potrzebowali trochę czasu i paru mniejszych wydawnictw na należyte rozruszanie kończyn i dojście do optymalnej dyspozycji, ale nic bardziej mylnego.

Enemy Of The Human Race od pierwszych sekund kopie równie mocno, co „Degenerate”, a brzmi porównywalnie świeżo, choć diabli wiedzą, kiedy dokładnie powstało tych 14 premierowych utworów. To cieszy, bo Ass To Mouth mają swój charakterystyczny patent na granie i potrafią sprawić, że przy wszechobecnej sieczce ich kawałki są zajebiaszczo zróżnicowane, mają swoją tożsamość – nie ma szans, żeby pomylić „You'll Choke With Your Own Shit” z „Nuclear Winter” czy „One Step From Hell”. Co oczywiste, na Enemy Of The Human Race dominuje totalny wygrzew (w wersji chwytliwej) z podwójnym wokalnym atakiem, jednak zespół nie stroni od innych dźwięków i chętnie zapuszcza się m.in. w rejony naspidowanego Motörhead. To wszystko sprawia, że muzyka jest szalenie atrakcyjna i wyjątkowo łatwa w odbiorze, a 22 minuty z płytą mijają szybciej, niż by się tego chciało.

No właśnie… ja wiem, że to grind, że konwencja wymaga takiego, a nie innego podejścia do długości utworów i płyt w ogólności, tylko że w tym przypadku mowa o fajnie grającym wartościowym zespole, który milczał przez bitą dekadę. To wytwarza ssanie na więcej, dużo więcej! Ass To Mouth wrócili, bo mają coś ciekawego do powiedzenia i są w stanie podać to w profesjonalnej oprawie, nie zaś po to, żeby popierdalać na jedno kopyto ku chwale piwnic i garaży. Na Enemy Of The Human Race słychać kapelę doświadczoną i pełną entuzjazmu, ale niestety, z mojej perspektywy, zbyt oszczędnie dysponującą swoim talentem.

Gdybym to ja rządził krajem, trzecia płyta Ass To Mouth byłaby przynajmniej o 10 minut dłuższa i ładniej wydana, a dla zespołu znalazłaby się jakaś dotacja z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nawet wniosku nie musieliby składać.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/assgrindsystem

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

19 lutego 2025

Megadeth – The Sick, The Dying… And The Dead! [2022]

Megadeth - The Sick, The Dying… And The Dead! recenzja reviewZ odtajnionych dokumentów Megadeth: 1) Nagrać płytę. 2) Porządnie ją wypromować. 3) Wymienić połowę składu. 4) Zabrać się za następny materiał. Tak w wielkim skrócie wyglądała droga amerykańskiej legendy od „Dystopia” do The Sick, The Dying… And The Dead!. Gdzieś tam w międzyczasie Mustaine zaliczył raka… ot, błahostka, każdemu się mogło zdarzyć. O nikłym wpływie choróbska na podejście Rudego do zespołu najlepiej świadczy to, że miało przełożenie wyłącznie na zawartość liryczną albumu; ani w muzyce ani w wokalu żadnych problemów zdrowotnych czy ich następstw nie słychać. Swoją drogą Mustaine miał już tyle okazji, żeby się przekręcić, że chyba kolejna nie zrobiła na nim wrażenia.

Z kolei na mnie nie zrobiła wrażenia opisywana płyta. Liczyłem, że zespół rozwinie co nowocześniejsze wątki zapoczątkowane na „Dystopia”, że śmiało pójdzie z nimi do przodu, że zaskoczy świeżymi pomysłami, a przede wszystkim, że wykorzysta ogromny potencjał i wyobraźnię nowych muzyków. Tymczasem The Sick, The Dying… And The Dead!, choć po mistrzowsku zagrany i wyprodukowany na miarę swoich czasów, jest materiałem wręcz do przesady oldskulowym. Mnóstwo tu rytmów, riffów, solówek i linii wokalnych żywcem wyciągniętych z połowy lat 80. i początku 90., czyli ze złotej ery thrash’u i samego Megadeth – nie mam wątpliwości, że naówczas świetnie by się sprawdziły i wszyscy by nad nimi cmokali, jednak dziś brzmią dość naiwnie, odtwórczo i zalatują gatunkowym banałem.

Te retro-wspominkowe klimaty starał się przełamywać Verbeuren swoim gęstym i bardzo urozmaiconym bębnieniem; dzięki jego wysiłkom nawet niemrawe utwory zyskały ciekawsze faktury i trochę przyjemnego kopa. Belg z pewnością mógłby sobie pozwolić na dużo więcej, gdyby nie ograniczały go śmierdzące stęchlizną riffy i niekiedy zatrważająco rozjechane struktury. W rezultacie zamiast odlecieć, musiał pilnować spójności muzyki. Kto się napalił na Dirk Blasty, ten się srogo rozczarował. Uzupełniający sekcję Steve DiGiorgio zagrał… co miał do zagrania; w żaden sposób nie zaznaczył swojej osobowości, a poza nielicznymi wyjątkami praktycznie go nie słychać. Szkoda × 2.

Jojczę i jojczę, a The Sick, The Dying… And The Dead! wcale nie jest nieudanym materiałem, jest po prostu wyraźnie słabszy od „Dystopia”. Znalazło się tu co najmniej kilka fragmentów, które skutecznie podnoszą ciśnienie, jak chociażby zrzynka z „Tornado Of Souls” w kawałku tytułowym, sporo ognia w drugiej połowie głupawego „Mission To Mars” czy melodyjny break i sesja trzepanki w „Célebutante”. Mnie najlepiej (albo w największej części) podszedł „Night Stalkers”, choć to akurat najbardziej pokombinowany (przekombinowany?) i niespójny utwór na płycie. Mustaine wewalił w niego mnóstwo oderwanych do siebie partii, a mimo to łatwo go zapamiętać i całościowo jest najciekawszy. Nie zasługuje jednak na miano hitu, bo takich — a już na pewno nie 100-procentowych — na szesnastym albumie Megadeth zwyczajnie nie ma; jest za to kilka zbędnych numerów, które niepotrzebnie nabijają licznik do mocno przesadzonych 55 minut.

Według moich teorii i skomplikowanych wyliczeń Megadeth obecnie znajduje się w trzecim punkcie cyklu — promocję i zmiany w składzie ma już za sobą — więc pozostaje nam już tylko czekać na kolejny album. The Sick, The Dying… And The Dead!, chociaż momentami naprawdę klawy, pozostawia spory niedosyt.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.megadeth.com

inne płyty tego wykonawcy:












Udostępnij:

14 lutego 2025

Disgorge – Cranial Impalement [1999]

Disgorge - Cranial Impalement recenzja reviewZanim Disgorge stali się grupą znaną i wpływową, byli grupą… nieznaną i niewpływową, ale za to dość ogarniętą, z dużym potencjałem i jasno określoną wizją muzyki. Dobrze to słychać na Cranial Impalement, czyli kompilacji dwóch demówek zespołu — dokładnie drugiej i trzeciej — nagranych w krótkim odstępie czasu w połowie lat 90. Pomimo niewielkiej objętości (po 12 minut na jeden) oraz pewnych realizacyjnych niedoskonałości oba materiały kasowały jakością większość płyt z (brutalnym) death metalem, które ukazywały się w tamtym czasie, a i dziś bronią całkiem nieźle.

Z oczywistych względów dema z 1995 i 1996 pod względem stylu nie różnią się zbytnio od siebie i oferują krwisty i intensywny wyziew w klimacie Cryptopsy, Deeds Of Flesh czy Gorelust, ale na pewno nie są identyczne. Między nimi daje się odczuć naturalny rozwój Disgorge: większe umiejętności (może mieć to jakiś związek z wymianą drugiego gitarniaka), lepszy zmysł kompozytorski (co przejawia się w bardziej chwytliwych i urozmaiconych aranżacjach), precyzyjne wykonanie i jeszcze mocniej dewastujące wokale… Znaczy to tyle, że w międzyczasie zespół się nie opierdalał i zbierał doświadczenie. Oba materiały są niemal równie rajcowne, choć nowszy wchodzi łatwiej ze względu na dużą przebojowość riffów („Period Of Agon”!) i lepszą jakość dźwięku.

Demówki zarejestrowano w odstępie roku w tym samym miejscu i z tym samym producentem (Jim Barnes), więc pierwotny rezultat pewnie był dość podobny, czyli naprawdę dobry. Problem w tym, że ta wcześniejsza trafiła na Cranial Impalement w formie zgrywki z kasety, a nie została dostatecznie doczyszczona ze wszystkich syfów tego nośnika, więc nie brzmi zbyt imponująco. Mimo to spomiędzy tych szumów i przycięć wyłania się kawał przemyślanego i wcale nie jednostajnego napierdalania, które przyjmuje się z przyjemnością i dużym uznaniem.

Cranial Impalement to lekcja poglądowa, jak wymiatać brutalny death metal w sposób atrakcyjny i inteligentny, bez uciekania się do nudnych i prymitywnych zagrywek tudzież do jawnego zrzynania z co bardziej znanych kapel. Świadomie czy nie, właśnie w połowie lat 90. muzycy Disgorge stworzyli przyszły kanon takiego grania.


ocena:
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDisgorge/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 lutego 2025

Darkthrone – Soulside Journey [1991]

Darkthrone - Soulside Journey recenzja reviewPisząc moją pierwszą recenzję na tym blogu, zacząłem niejako od dupy strony. Darkthrone i wtedy jego najnowsze „Astral Fortress” oraz wasza reakcja dały mi kopa by wstawić tutaj już przeszło 20 recenzji. Dziś chciałbym zacząć od początku. Cofnąć się w czasie do 1991 roku, gdy to czwórka dzieciaków wydaje swój debiut Soulside Journey. A trzeba przyznać, że jest to debiut wyjątkowy nie tylko ze względu na gatunek prezentowany przez Norwegów, ale też niepowtarzalność, gdyż nigdy potem w swojej przeszło 20-płytowej dyskografii panowie nie wrócili do korzeni.

Jest początek roku 1991. Na świecie dominuje death metal. Jesteśmy już po wielu świetnych płytach, a także wiele płyt w tym roku pozamiata i ugruntuje dominację metalu śmierci na scenie ekstremalnej. W ramach przypomnienia albumy takie jak np. „Clandestine”, „The Rack”, „Testimony Of The Ancients”, „Blessed Are The Sick”, „Human”, „Butchered At Birth”, „Like An Ever Flowing Stream” i wiele innych perełek będą mieć swoje premiery. To oczywiście tylko pierwiastek wszystkich dzieł. Thrash też ma się całkiem dobrze, chociażby „Arise”, „Horrorscope”, „The Laws Of Scourge”, „Open Hostility”, „Sodomania”, „A Shedding Of Skin”. Jak widać było w czym wybierać. A co z black metalem? W końcu to Norwegia. Ano nic. Black metal dopiero powoli wychodzi z muzycznej macicy. Grecki Rotting Christ wyda EP „Passage To Arcturo”, Immortal pod koniec roku wyda EP o tej samej nazwie, a czeski Master’s Hammer da nam kultowy „Ritual”, ale to wciąż nie ten black metal, który znamy dziś i z którym kojarzymy palące się kościoły. Na to przyjdzie nam poczekać jeszcze rok. Proszę wybaczyć mi ten przydługawy wstęp, ale jako pasjonat historii nie mogłem sobie darować takiej podróży w czasie. Wracamy do meritum.

Technicznie mamy tutaj 11 utworów upakowanych nieco ponad 40 minut. Zatem jest to optymalny czas jej trwania (przynajmniej dla mnie). Mamy tutaj też dwa kawałki instrumentalne.

Płytę otwiera nam „Cromlech”. Początkowe pogłosy szybko wyparte zostają tym, co w death metalu najlepsze. Szybkie, ale także zmienne tempa. Ciężka i charakterystyczna gitara i już wtedy głęboki wokal młodziutkiego Teda Arvida Skjelluma znanego nam dziś pod nickiem Nocturno Culto zachęcają do dalszego słuchania.

„Sunrise Over Locus Mortis” kontynuuje ten trend. Jest zmiennie, jest ciekawie, jest rozbudowanie. Zaprawdę zadziwia, że tyle kompozycyjnego kunsztu mieli wtedy ledwo co 20-to latkowie. Tytułowy „Soulside Journey” podchodzi momentami pod doom metal. Widać, że panowie (choć wtedy, jak uprzednio zaznaczyłem, raczej dzieciaki) już wtedy nie bali się kombinować (co zresztą zostało im do dziś) i przekraczali różne granice, bawiąc się muzyką. „Accumulation Of Generalization” to pierwszy instrumental. Ponad 3 minuty ciekawej inwencji twórczej. Rzeczywiście ma się uczucie podróży. „Neptune Towers” może nas lekko zaskoczyć elementami organowymi. Co prawda krótkimi wstawkami, ale jednak obecnymi. Reszta utworów idealnie komponuje się do całości i czas szybko zleci. Album zamyka nam ostatni instrumental „Eon”. Bardzo dobre zwieńczenie podróży przez płytę Soulside Journey.

Jaka ta płyta ostatecznie jest? Arcydzieło? Nie. Jest to jednak płyta wyjątkowa. Nie tylko w dyskografii Norwegów, ale też na scenie deathmetalowej. Każdy szukający niebotycznej i wyrafinowanej płyty metalu śmierci powinien po nią sięgnąć. Nam pozostaje czekać aż pan Fenriz i Nocturno przypomną sobie rok ‘91 i wydadzą coś w ten deseń. Do tego czasu Soulside Journey to perełka i może tak to Norwedzy chcą zostawić. Kto tam ich wie…


ocena: 8,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Darkthroneofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 lutego 2025

Behemoth – Opvs Contra Natvram [2022]

Behemoth - Opvs Contra Natvram recenzja reviewUhuhu, Behemoth potrzebował aż czterech lat, żeby zrobić kopię „I Loved You At Your Darkest” – pomyślałem, po raz pierwszy brnąc przez kolejne kawałki na Opvs Contra Natvram. Z czasem to wrażenie trochę się rozmyło i materiał nabrał indywidualnych cech, co nie zmienia faktu, że dwunasta płyta zespołu zawiera sporo trudnych do uzasadnienia pomysłów (choćby przydługie intro) oraz powtórek z mniej lub bardziej odległej przeszłości. Na szczęście nie samymi reminiscencjami Opvs Contra Natvram stoi i znalazło się tu kilka naprawdę ciekawych perełek, do których jednak trzeba się dokopać.

Największym problemem Opvs Contra Natvram jest bodaj to, że przynajmniej połowa materiału to numery dość wtórne, bez wyrazu, z których nie wynika nic konkretnego. Owszem, właściwe każdy jest inny i zawiera jakieś lepsze momenty (które ja bym sprowadził do solówek i gęstszego napierdalania), ale te upchnięte w jednym bloku — od czwartego do siódmego kawałka — nie nastrajają zbyt pozytywnie i mogą zwyczajnie nudzić, zwłaszcza że trzymają poziom tych słabszych z „I Loved You At Your Darkest”. Wiadomo, jest w nich obecny charakterystyczny styl Behemoth, ale są zagrane na pół gwizdka i bez wielkiej inwencji.

O wiele ciekawiej prezentuje się „Thy Becoming Eternal” – więcej w nim ognia, sensownych urozmaiceń i przekonujących rozwiązań, jednak i on stanowi zaledwie rozgrzewkę przed prawdziwymi sztosami. Najbardziej wyróżniają się i największe wrażenie robią na mnie „The Deathless Sun” i „Once Upon A Pale Horse” oraz trochę im ustępujący „Versvs Christvs”. Dopiero w tych utworach Behemoth pokazuje w pełni, na co go stać – że potrafi śmiało wyjść poza wypracowaną formułę, pokombinować ze strukturami, klimatem, nieoczywistym feelingiem i zaskoczyć czymś nowym, a przy tym nie zatracić tożsamości. Te trzy (dwa i pół…) kawałki niosą ze sobą powiew świeżości na miarę „Bartzabel” z poprzedniej płyty, więc na pewno zostaną zapamiętane na dłużej.

Jak więc widać, na Opvs Contra Natvram występuje duży rozstrzał jeśli chodzi o styl i poziom poszczególnych kompozycji, co sprawia, że materiał jako całość nie ma jasno określonego kierunku i lokuje się gdzieś pomiędzy zróżnicowanym a niespójnym. Gdyby nie bardzo dobre brzmienie i klasowa produkcja (z wyraźnie pracującym-pływającym basem), skłaniałbym się pewnie ku tej drugiej opcji. Ponadto na plus albumu działa starannie przygotowana, choć nieprzeładowana oprawa graficzna – niby to odwołująca się do korzeni gatunku, a jednak wysublimowana.

W moim odczuciu Opvs Contra Natvram to płyta z tych przejściowych — pomostów między starym a nadchodzącym nie wiadomo czym — które zwykle przechodzą bez echa. Nie powala, nie rajcuje, ale też nie można jej całkowicie skreślić dzięki paru znakomitym numerom.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:












Udostępnij:

31 stycznia 2025

Toughness – The Prophetic Dawn [2022]

Toughness - The Prophetic Dawn recenzja reviewKilkanaście lat temu świat na nowo odkrył Demilich, co w krótkim czasie doprowadziło do prawdziwego wysrywu lepszych i gorszych kapel grających… no, starających się grać pod Finów. Nie był to aż taki boom, jak z „grającymi pod Incantation”, bo i popularność stylu mniejsza, i próg wejścia wyższy, ale tych nieodróżnialnych od siebie epigońskich zespołów narobiło się stanowczo zbyt wiele. Do nas ta moda, jak każda zresztą, dotarła ze sporym opóźnieniem — chciałbym się łudzić, że w okresie schyłkowym — więc i Polandia doczekała się wreszcie swojego reprezentanta. Tak dochodzimy do debiutu Toughness.

Zespół powołuje się na wpływy Demilich i (późnego) Morbid Angel, choć wcale nie musi tego robić, bo to, kurwa, słychać aż nazbyt wyraźnie. Do tej krótkiej wyliczanki można dorzucić także Adramelech oraz Gorguts (późny, a jak!), bo i takie naleciałości czasem się przebijają, jednak to tylko dodatki, bo bazą i punktem wyjścia dla Toughness jest kultowy band z Finlandii. Wzorce niczego sobie, toteż i muzyka powinna być niczego sobie. No i cóż, The Prophetic Dawn przy pierwszym kontakcie robi naprawdę pozytywne wrażenie, jako że jest to coś świeżego i zdecydowanie odmiennego od deathmetalowych standardów, jakie przyjęły się nad Wisłą.

Tu uwaga – jeśli chce się to dobre wrażenie zachować, należy jak najszybciej odłożyć płytę na półkę. Niestety, z każdym kolejnym przesłuchaniem The Prophetic Dawn na powierzchnię wychodzą coraz to nowe bolączki tego materiału. Przede wszystkim słuchacz może łatwo dojść do wniosku, że główny pomysł Toughness na siebie, to grać tak, żeby było podobnie do Demilich. I jest podobnie, ale przy tym dość monotonnie i odtwórczo – brakuje temu polotu i pojebanego luzu, jaki emanował z „Nespithe”. Ponadto zespołowi szczególnie nie służy komplikowanie muzyki, bo wtedy wkrada się do niej mnóstwo nieskoordynowanych dźwięków, co daje się odczuć m.in. w partiach solowych (zwłaszcza basowych), które są odklejone od tego, co się dzieje wokół – a zwykle akurat dzieje się coś ciekawszego.

Jak nietrudno się domyślić, na muzyce podobieństwa do Finów się nie kończą, bo Toughness do Demilich nawiązują również brzmieniem oraz wokalami. Produkcja The Prophetic Dawn jest dość mętna i zapiaszczona, z takim se balansem i umiarkowaną selektywnością. Mimo to — a może właśnie dzięki temu — zespołowi udało się uzyskać odpowiedni ciężar i poczucie duchoty w co bardziej bezpośrednich fragmentach (choćby w „Forsaken Entity”, „The Prophetic Dawn” czy „Depths Of Nothingness”). Z kolei im więcej kombinowania, tym większy robi się bałagan i trudniej o spójność instrumentów. Co do wokali… w książeczce Toughness chwalą się (?), że nie zastosowali na nich żadnych efektów. Jakby to ująć… chyba jednak lepiej było z jakichś skorzystać, bo zamiast głębokiego dołu jest pozbawione wyrazistości buczenie.

Toughness podjęli się ambitnego wyzwania stworzenia techniczno-syfiastego materiału w dość specyficznym stylu, które na obecnym etapie zwyczajnie ich przerosło. Słychać tu chęci, słychać pewne umiejętności, jednak nie mają one przełożenia na interesujące i składne kompozycje.


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ToughnessOfficialPL

podobne płyty:

Udostępnij:

27 stycznia 2025

Vltimas – Epic [2024]

Vltimas - Epic recenzja reviewVltimas to projekt, którego założenia na papierze kompletnie nie trzymały się kupy, a jednak jego debiut okazał się jednym z ciekawszych albumów 2019 roku i przez długi czas nie opuszczał mojego odtwarzacza. Oczekiwania miałem niekonkretne, w dodatku na bardzo niskim poziomie, więc łatwo było mnie pozytywnie zaskoczyć. To w żaden sposób nie umniejsza wartości muzyki, jaka znalazła się na „Something Wicked Marches In”, bo obroniła się sama. Mając świadomość, na co stać ten kolektyw, do Epic podchodziłem już z innym, optymistycznym nastawieniem, no i cóż… sam się wystawiłem na takie rozczarowanie.

Druga płyta Vltimas wcale nie jest materiałem złym czy nieudanym, jednak w porównaniu z sensacyjnym (nie przesadzam) debiutem wyraźnie brakuje jej świeżości, wyrazistości i ogólnej jakości. No i potencjał hiciorowy ma zdecydowanie mniejszy. Ogólna formuła pozostała na Epic w zasadzie nienaruszona, co z jednej strony jest zrozumiałe, skoro już raz się sprawdziła, a z drugiej zaś oznacza po prostu powtórkę z rozrywki. Zespół nie zaproponował niczego ponad to, co już znamy z „Something Wicked Marches In”, tymczasem w wielu fragmentach aż się prosi o odrobinę nowości, gęstszego klimatu, porządnego kopa czy lepsze i bardziej przekonujące pomysły. Rezultat jest taki, że albumu słucha się całkiem dobrze, ale bez ekscytacji i głębszego zaangażowania.

Debiut Vltimas wyróżniał się wewnętrzną spójnością stylistyczną i świetnym dopasowaniem poszczególnych elementów – wszystko się pięknie zazębiało i tworzyło imponującą całość. Epic na tym polu zawodzi, a różnice w poziomie między tymi lepszymi i słabszymi utworami są zaskakująco duże. Takie „Miserere”, „Exercitus Irae” i „Scorcher” są zwarte, akuratne i mają dość pierdolnięcia, żeby przykuć uwagę i dobrze rozbujać, natomiast już „Mephisto Manifesto”, „Invictus” i „Spoils Of War” (czyli te najdłuższe) zawierają trochę sztucznych wypełniaczy, rozjeżdżają się i momentami przynudzają. Pozostałe kawałki zwyczajnie przelatują, nie wywołując żadnych konkretnych emocji.

Osobną kwestią są wokale Vincenta, który w mocniejszych partiach spisał się standardowo, czyli bardzo dobrze, a w hmm… epickich niestety przeszarżował. Poprzednio eksperymenty z głosem nadawały utworom podniosłości, nowego wymiaru, tym razem w jakichś 80% drażnią dziwną manierą. Można je traktować jako urozmaicenie, ale z tych hmm… specyficznych, do których trzeba się przyzwyczaić albo nauczyć ignorować.

Nie zamierzam się czepiać brzmienia ani produkcji, bo od strony technicznej wszystko się tu zgadza, a pod pewnymi względami (bas!) jest nawet lepiej, niż na debiucie. Szkoda tylko, że jeśli chodzi o samą muzykę, Vltimas zrobili krok wstecz. Gdyby Epic okroić do rozmiaru epki, byłoby jednakowoż zajebiście.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/VLTIMAS/

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 stycznia 2025

Angelcorpse – Of Lucifer And Lightning [2007]

Angelcorpse - Of Lucifer And Lightning recenzja reviewW ciągu zaledwie trzech lat działalności, w dodatku w niesprzyjających warunkach, Angelcorpse szturmem wdarli się do czołówki gatunku, zyskali ogromny szacunek fanów (i taką se popularność), a dzięki genialnemu „The Inexorable” sięgnęli absolutu. Świat leżał u ich stóp, a miało być tylko lepiej, bo koniunktura na death metal wróciła, a wraz z nią zainteresowanie mediów, wytwórni i promotorów. Tymczasem zespół zaczął się sypać w trakcie trasy z Krisiun i Incantation, by już w 2000 paść na pysk w wyniku wypalenia i niemożliwych do pogodzenia różnic na tle muzycznym. Bywa. Z tak wspaniałym dorobkiem i tak na stałe zapisali się w pamięci fanów.

Niestety, Amerykanie sami postanowili tę pamięć o sobie zszargać, wracając na siłę po kilku latach przerwy z czwartą płytą, która ogólnym poziomem nijak się ma do pierwszych trzech, mimo iż jest utrzymana w podobnym i dość rozpoznawalnym stylu. Jest to o tyle przykre i wkurwiające, że skład — z niewiadomych względów Palubicki i Helmkamp ponownie zaprosili do współpracy Longstreth’a, choć wcześniej i później wieszali na nim psy — z takim potencjałem nawet w chwili słabości i zupełnie od niechcenia powinien stworzyć co najmniej dobry materiał. A tu dupa, Of Lucifer And Lightning nie jest nawet w miarę przyzwoity.

Kambek Angelcorpse sprowadza się do 36 minut skleconego bez przekonania, a zagranego bez polotu umiarkowanego death metalu: wtórnego, pozbawionego energii i śmierdzącego kompromisem. Ta muzyka nie wnosi kompletnie niczego wartościowego do dorobku grupy (o gatunku w ogólności już nie wspominając), jest za to rezultatem trudnego do pojęcia regresu kompozytorsko-technicznego. Amerykanie nie tyle nawet wrócili do korzeni, co cofnęli się do poziomu przeciętnej kapeli demówkowej, która jeszcze nie za bardzo wie, co i jak chce grać. To wrażenie pogłębia płaskie i mocno skompresowane brzmienie, w którym ktoś naiwny mógłby się doszukiwać inspiracji dźwiękiem na „Heretic”, ja bym jednak obstawiał brak konkretnej wizji i skromny budżet.

Na Of Lucifer And Lightning oczywiście pojawiają się elementy występujące od zawsze w muzyce grupy i stanowiące o jej wyjątkowości, ale oprócz charakterystycznych wokali Helmkampa są one albo podane/wykonane na pół gwizdka, albo stanowią jawny autoplagiat („Machinery Of The Cleansing”, ehh). Nie słychać w tym ani dawnej pasji, ani typowej dla starych płyt chwytliwości, ani też prób przesuwania granic ekstremy (a przypominam – bębni tu Longstreth). Ot trzecioligowy death metal jakiego wszędzie pełno i który niczym nie intryguje.

Jak dla mnie Of Lucifer And Lightning jest płytą, do której się wraca tylko w przypływie masochizmu – żeby się wkurwić i później zachodzić w głowę, jakim cudem tak dobry zespół mógł odwalić aż tak dużą, cuchnącą amatorszczyzną fuszerkę. Przypuszczam, że gdyby Angelcorpse zadebiutowali takim materiałem, to ich nazwa nie wyszłaby nawet poza lokalne ziny.


ocena: 5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij: