12 września 2021

Beneath – Ephemeris [2017]

Beneath - Ephemeris recenzja okładka review coverTrzy lata przerwy, drobna korekta składu i… większa korekta w muzyce. Islandczycy trochę niespodziewanie odeszli od stylu dwóch poprzednich płyt i przerzucili się na granie odrobinę nowocześniejsze: bardziej mechaniczne, chłodne, podporządkowane rytmowi i w większym stopniu techniczne. Pomimo iż nie zrezygnowali ze wszystkich wykorzystywanych wcześniej przez siebie patentów, na pewno nie można uznać Ephemeris za oczywistą i bezpośrednią kontynuację „Enslaved By Fear” i „The Barren Throne”. Trzeci album Beneath to materiał mocniej skondensowany, nastawiony na uderzenie i przytłoczenie słuchacza.

Należy docenić zespół za to, że miał dość odwagi, by wyjść poza wypracowane wcześniej schematy i nieco inaczej podejść do konstruowania utworów – by były możliwie zwarte, treściwe i nie zawierały (zbyt wielu) rozpraszających przeszkadzajek. Ponadto niezmiernie mnie cieszy, że Islandczycy poszli po rozum do głowy i przestali rozbudowywać aranżacje ponad miarę i swoje możliwości; na Ephemeris dłużyzn i zapychaczy jest naprawdę niewiele, dzięki czemu całość jest o kwadrans krótsza od poprzedniego krążka, a przez to wchodzi lepiej. Niestety, Beneath wciąż nie do końca radzą sobie z ogarnięciem zwolnień i partii, które mają „robić klimat”. W ich wykonaniu niespecjalnie to rajcuje – takie fragmenty wydają się być nie na miejscu, wręcz dołożone na siłę. Jeśli o mnie chodzi, mogą z tego zupełnie zrezygnować i skupić się wyłącznie na szybkim, brutalnym i opartym na dość chwytliwych riffach graniu, bo to im wychodzi najlepiej.

Mniejsze lub większe zmiany w stylu Beneath nie ominęły i wokali, jednak w przeciwieństwie do muzyki, w kwestii odgłosów paszczą jedynie na minus. Wokalista jest ten sam, co ostatnio, jednak z jakiegoś tajemniczego powodu postanowił ograniczyć się do jednostajnych i bezbarwnych pomruków. Zero dynamiki, zero wyrazistości, zero ekspresji, a i prawdziwej głębi — co po części może być również winą produkcji — brakuje. Na czym to polega, że na „The Barren Throne” wokale mogły być urozmaicone, a na Ephemeris już nie – ot zagadka.

Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest brzmienie. Zespół sięgnął głębiej do kieszeni i skorzystał z usług mainstreamowego producenta Fredrika Nordströma, który spisał się no… nieźle, po prostu nieźle. Jak dla mnie Szwed nie do końca odnajduje się w aż tak brutalnej muzyce (bo i nie ma z nią wielkiego doświadczenia) i nie wszystko potrafi należycie uwypuklić. Dźwięk jest mocno skomasowany na zasadzie „ustawimy wszystko głośno i będzie git”, więc niuansów (zwłaszcza gitarowych) trzeba się doszukiwać na własną rękę.

Beneath chcą się zmieniać, iść do przodu i to się chwali. Na mnie stopniowo robią coraz lepsze wrażenie, ale mam przeczucie, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będą wymieniani obok Björk jako główne towary eksportowe islandzkiej kultury. No i nie ukrywam, że bardziej przemawiają do mnie Ophidian I.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.beneath.is

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 września 2021

Burial In The Sky – The Consumed Self [2021]

Burial In The Sky - The Consumed Self recenzja okładka review coverLudzka pamięć bywa zawodna, zwłaszcza moja, ale akurat w przypadku Burial In The Sky dość szybko skojarzyłem, że już kiedyś miałem styczność z tym zespołem i że zupełnie nie trafił w mój gust. W związku z tym przezornie odkładałem przesłuchanie The Consumed Self ile się tylko dało, bo — proszę o zrozumienie — nie ciągnie mnie do nieskładnego pitolenia. Pierwszy kawałek, rozbudowane intro z pseudoklimatycznym brandzlowaniem i mizernym czystym wokalem, potwierdził moją opinię o muzyce kapeli – to jest odpychające. Drugi numer już nieco mi zamieszał, a trzeci sprawił, że zacząłem się temu wnikliwie przysłuchiwać… Czyżby nagle wyszli na ludzi?

Nawet jeśli na The Consumed Self nie do końca wszystko im wyszło, to trzeba przyznać, że w ciągu trzech lat Amerykanie zrobili naprawdę duże postępy i poprawili się właściwie na każdej płaszczyźnie, a przy okazji dość wyraźnie określili kierunek rozwoju. Mamy zatem do czynienia z nowoczesnym progresywnym death metalem z rozbudowanymi (niekiedy aż za bardzo – o czym później) aranżacjami, mnóstwem zmian tempa i nastroju, wieloma technicznymi urozmaiceniami i zróżnicowanymi wokalami. Całość jest znacznie bardziej spójna i dopracowana niż poprzedni materiał, który również był ambitny (przynajmniej w założeniach), ale kompletnie niedorobiony od strony kompozytorskiej i do tego topornie wykonany. Poza tym poprawę można odnotować w kwestii brzmienia i produkcji, które tym razem znacząco lepiej dopasowano do stylu zespołu.

Wszystkie wspomniane zmiany oraz, co ważne, zagęszczenie i uwypuklenie partii saksofonu jednoznacznie świadczą o ogromnym wpływie „Where Owls Know My Name” na podejście Burial In The Sky do pisania własnej muzyki. Amerykanie to i owo mogli podpatrzeć bezpośrednio u źródeł — wszak to Zach Strouse nagrywał saksofon dla Rivers Of Nihil — więc starali się zaadaptować niektóre patenty na potrzeby The Consumed Self; z różnym skutkiem. Czyste wokale? A owszem, są, tylko strasznie nierówne, niestety z przewagą tych słabych. Aranżacyjny rozmach? No tak, tylko nie zawsze użyte elementy pasują do siebie tak, jak powinny; niektóre służą chyba tylko temu, żeby nabijać licznik minut. I właśnie, długości The Consumed Self – album trwa niemal godzinę i to już jest lekka przesada. Dobrym rozwiązaniem byłoby wycięcie około kwadransa progresywnych smętów i przesadnego kombinowania (czyli przede wszystkim „Anatomy Of Us”) – całość stałaby się bardziej zwarta i komunikatywna.

Wraz z kolejnymi przesłuchaniami The Consumed Self utwierdza w przekonaniu, że Burial In The Sky bardzo by chcieli być jak Rivers Of Nihil i trochę jak Fallujah. I robią sporo, żeby ich w ten sposób postrzegano, jednak na razie brzmią jak uboższa wersja swoich znanych kolegów. Amerykanie wygrzebali się z poziomu bagna poprzednich płyt i awansowali do kategorii zespołów słuchalnych, ale czy wybiją się wyżej – to zależy, czy starczy im talentu i pieniędzy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/burialinthesky

podobne płyty:


Udostępnij:

25 sierpnia 2021

Ominous Ruin – Amidst Voices That Echo In Stone [2021]

Ominous Ruin - Amidst Voices That Echo In Stone recenzja okładka review coverOminous Ruin to jedni z wieeelu przedstawicieli technicznego death metalu z Kalifornii, a ich debiutancki Amidst Voices That Echo In Stone przynosi trzy kwadranse dokładnie takiej muzyki, jakiej można (należy!) się spodziewać po zespołach z zachodniego wybrzeża USA. Nie da się ukryć, że tamtejsze kapele wypracowały sobie bardzo charakterystyczne patenty na granie i trzymają się ich na tyle kurczowo, że swoje pochodzenie zdradzają po kilku sekundach odsłuchu. Z Ominous Ruin jest podobnie, chociaż akurat sam zespół ma na ten temat nieco inne zdanie. Stąd też zanim przejdę do opisu moich wrażeń, pierwej odniosę się do tego, co chłopaki sami mają o sobie do powiedzenia.

Po pierwsze i chyba najważniejsze, Amidst Voices That Echo In Stone rzekomo ma być powiewem świeżego powietrza na scenie technicznego death metalu. [miejsce, żeby się pobrechtać] Tego… Gają tak, jak się gra w Kalifornii, a wpływy Deeds Of Flesh, Odious Mortem, Severed Savior, Arkaik, Continuum, Inanimate Existence, Decrepit Birth czy bardziej egzotycznego Spawn Of Possession są w ich muzyce wszechobecne. Niezależnie od górnolotnych deklaracji, Ominous Ruin w żaden sposób nie próbują rewolucjonizować tego stylu ani też wprowadzać do niego czegoś od siebie. Przynajmniej ja nie usłyszałem na krążku niczego, czego bym nie znał z twórczości wieeelu innych kapel. Po drugie, Amerykanom uroiło się, że wokale Adama Rosado są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. [miejsce, żeby się pobrechtać, znowu] Cóż, wokale jak wokale. Wiochy nie ma, ale żeby od razu miały zwracać uwagę czymś szczególnym? No nie, nieee… Poza tym trochę dziwne wydaje mi się częste podkreślanie przez zespół, że korzystają z 8-stunowych gitar i 6-strunowego basu – jakby nie byli przekonani, że to wszystko słychać na płycie. I prawdę mówiąc – tych dodatkowych strun właśnie nie słychać, bo ogólnie Ominous Ruin nie zapędzają się zbytnio w niższe rejestry i raczej stronią od djentu. Co do basu – ten po prostu bywa obecny; to absolutnie nie ta intensywność co u Beyond Creation czy Obscura.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego akapitu, Amidst Voices That Echo In Stone nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginalnością czy nowatorstwem. Ale to akurat nie stanowi dla mnie problemu, bo to naprawdę bardzo dobry i znakomicie zagrany materiał. Ominous Ruin w niczym nie ustępują bardziej znanym kolegom – tak jeśli chodzi o umiejętności techniczno-kompozytorskie (sesyjnie za garami zasiadł znany z Fallujah Andrew Baird), poziom brutalności, jak i produkcję albumu. Dziesięć lat zbierania doświadczeń zaowocowało w pełni przekonującymi utworami, spośród których każdy wyróżnia się jakimiś ciekawymi zagrywkami i naprawdę dużą dynamiką – jest szybko, efektownie i bez popadania w progresję. Napisałbym, że nie ma tu miejsca na przestoje, ale niestety do paru kawałków doklejono nawet po kilkadziesiąt sekund „nica” (zwłaszcza w numerze tytułowym), więc całość nieco straciła na płynności.

Amidst Voices That Echo In Stone mogę śmiało polecić wielbicielom wszystkich wymienionych na początku kapel – znajdą tu dokładnie to, co lubią. Krążek nie zawiedzie także fanów szeroko pojętego nowoczesnego death metalu z Ameryki (szczególnie tego z Willowtip i złotego okresu Unique Leader) – Ominous Ruin grzeją, że mucha nie siada. A jak siada, to zaraz zdycha.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin
Udostępnij:

20 sierpnia 2021

Cannibal Corpse – Violence Unimagined [2021]

Cannibal Corpse - Violence Unimagined recenzja reviewGdyby złośliwie uznać, że na „Red Before Black” Kanibalom noga się powinęła, że zaliczyli spadek formy i ogólnie cusik im nie wyszło, to wtedy Violence Unimagined można traktować jako rehabilitację zespołu. Gdyby. Bo nie ma potrzeby, by sztucznie podnosić wartość nowej płyty – broni się sama. Na poprzednim krążku zabrakło jedynie powiewu świeżości, natomiast na Violence Unimagined jest jej pod dostatkiem, co w głównej mierze ma związek z wymuszoną przez amerykański wymiar (nie)sprawiedliwości zmianą w składzie. Wieloletniego gitarzystę Pata O'Briena zastąpił Erik Rutan, z którym panowie znają się jak łyse konie, więc przypuszczalnie do nagrań mogli przystąpić z marszu.

Nie chciałbym, żeby ta recka zamieniła się w hymn pochwalny ku czci Rutana, ale nie da się ukryć, że jego wkład w piętnasty (dżizasie!) album Cannibal Corpse jest dość znaczący. Z roli producenta wywiązał się jak zwykle znakomicie, mimo iż w studiu nie wykręcił niczego spektakularnego czy wykraczającego ponad kanibalistyczne standardy. Trzeba mieć jednak na uwadze, że tym razem miał dużo trudniej, bo musiał zachować chłodne podejście do procesu nagrań i pilnować się, by w jakiejś kwestii nie przedobrzyć. To raz. Dwa jest takie, że Rutan nie przyszedł do zespołu tylko po to, żeby pozować do zdjęć; dorzucił od siebie aż trzy utwory wraz z tekstami – z jednej strony gładko wpasował je w styl kapeli (spójność ponad wszystko), a z drugiej przemycił w nich kilka zupełnie nietypowych dla kolegów riffów i technicznych zagrywek. Jest jeszcze trzy – solówki. Okazuje się, że popisy Rutana (w skali płyty większość wyszła spod jego palców!) doskonale pasują do stylu Cannibal Corpse i przy okazji wzbogacają go o charakterystyczne melodie. Stwierdziłbym nawet, że wydają się tym czymś, czego w muzyce Amerykanów zawsze brakowało.

Na jednym gitarzyście zajebistość Violence Unimagined jednakże się nie kończy, bo cały skład pokazał się z naprawdę bardzo dobrej strony i na pewno nie można nikomu zarzucić opierdalania się tudzież problemów z kreatywnością. Weźmy taki „Surround, Kill, Devour” — jeden z najlepszych na krążku — który ma idealny do młynka groove i jest tak skoczny, że powinien się świetnie sprawdzać na żywo. Innym hajlajtem jest „Inhumane Harvest” z masakrycznym zwolnieniem w połowie i fajną zmyłką, kiedy po pierwszej solówce powinno być przyspieszenie, a oni dalej uskuteczniają mielonkę. Warto również zwrócić uwagę na wypakowany solówkami „Bound And Burned”, bo o ile kojarzę wcześniej Cannibal Corpse na aż takie szaleństwa sobie nie pozwalali – spróbowali i było warto. Poza tym na płycie mamy więcej niż ostatnio (a może i kiedykolwiek) bezpośrednio chwytliwych riffów oraz wolniejszych, „nastrojowych” fragmentów, kiedy bas wychodzi na powierzchnię (jak w „Follow The Blood” czy „Overtorture”). Stanowią one niezły kontrast dla paru dłuższych partii z gęstą nawalanką (w „Inhumane Harvest” i „Ritual Annihilation”) – chyba właśnie to miał na myśli Mazurkiewicz, kiedy przekonywał, że Violence Unimagined to dla niego najbardziej jak dotąd wymagający materiał.

Album mogę podsumować tylko w jeden sposób. Cannibal Corpse potwierdzili, że w lidze oldbojów/długodystansowców (jak zwał, tak zwał) nie mają sobie równych i ciągle nie brakuje im pomysłów ani motywacji do grania na najwyższym poziomie. A z młodymi nie muszą się liczyć. Rispekt!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

12 sierpnia 2021

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg – Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu [2015]

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg - Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu recenzja okładka review coverIka Johannesson i Jon Jefferson Klingberg podjęli się ambitnej próby opisania historii i fenomenu szwedzkiego metalu i za to na pewno należą im się pochwały, ale… dokonali tego na niewielu ponad 300 stronach, co jak na tak rozległy temat jest dość skromną objętością. Siłą rzeczy autorzy Krew ogień śmierć całe zagadnienie potraktowali powierzchownie, bez wchodzenia w szczegóły (zwłaszcza tam, gdzie to najbardziej wskazane), a skupili się raczej na tych zjawiskach, które mają szansę zainteresować ludzi spoza metalowych kręgów: skandalach i sensacjach. Stąd też poziom książki jest nierówny, bo obok naprawdę ciekawych rozdziałów z wartościowymi informacjami pojawiają się i takie, które wyglądają jak wycięte z drugiej strony jakiegoś tabloidu tudzież gazetki szkolnej.

Autorzy nie starali się trzymać w książce jakiejkolwiek chronologii, więc czegoś o absolutnych początkach ciężkiej muzyki na szwedzkiej ziemi dowiadujemy się dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury. Piszę „czegoś”, bo jeśli spodziewacie się szczegółowych kronik z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku, to wiele z tego rozdziału nie wyniesiecie. Ja rozumiem, że nie każda kapela z tamtych lat zapisała się złotymi zgłoskami w historii muzyki, jednak można było się pokusić o szersze opisy paru przedstawicieli pokolenia wikingów z Heavy Load. Nawet kultowemu Candlemass poświęcono najwyżej dwa zdania… Podoba mi się za to, że fajnie zarysowano tło społeczne i różnice w zainteresowaniach muzycznych młodych ludzi w zależności od ich pochodzenia – coś, co będzie jeszcze wyraźniejsze w czasie rozkwitu death metalu. Temat początków metalu w Szwecji zamyka osobny rozdział o Bathory, który w dużej mierze oparto na rozmowach z ojcem Quorthona. Wszystkie zawarte tu informacje pochodzą z wiarygodnego źródła, więc to doskonała okazja, żeby sobie uzupełnić wiedzę o mózgu Bathory; tym bardziej, że jest tu sporo ciekawostek, których nie znajdziecie w innych publikacjach – choćby z okresu dzieciństwa Thomasa. Jak dla mnie to jeden z dwóch najciekawszych rozdziałów książki.

Ledwie kilkanaście stron poświęcono rozkwitowi, supremacji i upadkowi szwedzkiego death metalu. Mam świadomość, że ten nurt to tylko część większego zjawiska, ale skrótowość tych opisów woła o pomstę do Sztokholmu. Pada tutaj kilka nazw kapel, kilka nazwisk, jakieś powszechnie znane anegdoty i w zasadzie tyle. Cała wiedza, jaką wyniesie z tej części gospodyni domowa — bo nie wiem, do kogo innego to może być skierowane — sprowadza się do tego, że Nicke Andersson i że Entombed. Swoją drogą Entombed powraca później w osobnym rozdziale, który jest czymś na kształt relacji/reportażu z jednego dnia z trasy, kiedy grali jako support Amon Amarth. Ponownie nie dowiadujemy się niczego konkretnego (piją, śpią, noszą własne graty – po prostu szok i niedowierzanie), więc ten fragment można traktować jako zapchajdziurę. Znacznie mocniej autorzy przyłożyli się do tematu black metalu, bo sensacje + kontrowersje = zainteresowanie czytelnika; już pal licho, że ponad połowa materiału dotyczy Norwegii – sceny obu krajów mocno się tutaj przenikały, więc można im wybaczyć te dygresje. Dostajemy tu skrótowo opisany black metalowy kanon: Euronymous, Vikernes, kółka wzajemnej adoracji, walka o wpływy, popularność i kasę, pogróżki, podpalenia, morderstwa i robienie „kultu”. I szmatowate zachowanie Fenriza w stosunku do muzyków Entombed. Poza tym Ika i Jon zadali sobie trochę trudu, żeby w miarę obiektywnie przybliżyć postać Deada i rzucić trochę światła na jego „pozazespołowy” wizerunek. Szczególnie dużo można się dowiedzieć z rozmów z jego bratem, bo koledzy z Morbid i Mayhem głównie powtarzają znane od dawna historie, choć i z nich da się co nieco wyłuskać. Rozdziały dotyczące muzyki ekstremalnej mogę podsumować słowami mojej polonistki z liceum: ogólniki, ogólniki, ogólniki. Zatem jeśli chcecie czegoś więcej, sięgnijcie po „Szwedzki death metal” Daniela Ekeroth’a i „Black metal. Ewolucja kultu” Dayala Pattersona.

Ozdobą Krew ogień śmierć jest rozdział dotyczący Dissection, mimo iż napisano go bardziej ze względu na przeszłość Jona Nödtveidta niż muzykę. Autorzy z bliska relacjonują powrót zespołu, przygotowania do tras oraz nagrań, a przy okazji starają się także wyciągnąć od muzyków jak najwięcej informacji o ich podejściu do grania, ideologii i otoczce, która im towarzyszy. Czyta się to z dużym zainteresowaniem, bo Nödtveidt, choć oszczędnie w słowa, spokojnie i na chłodno wyjaśnia jaki jest i do czego dąży. A w tym, co robił, był autentyczny do samego końca. I właśnie do tej książki udzielił ostatniego wywiadu przed śmiercią. Przeciwieństwem Jona jest opisany później Niklas Kvarforth (rozdział „Lekcja samobójstwa”), który nie ma ręki do muzyki, ale za to ma dużo do powiedzenia, choć to, co mówi, sprowadza się do narkomańskiego bełkotu i kompletnych kretynizmów. Jak to oceniła jego znajoma: na pokaz i dla efektu. Trzynastolatki, drżyjcie! Galerię postaci ekstremalnych zamyka Erik Danielsson z Watain, który dzielnie podtrzymuje ideały blackowego dualizmu: jeśli my coś robimy, to kult; jeśli inni coś robią, to komercha. Swoją drogą trzeba przyznać, że ogromy sukces zespołu zupełnie go nie zmienił i w wywiadach pierdoli te same głupoty, co piętnaście lat wcześniej – ale na to przymykam oko, bo przynajmniej Watain potrafi zadbać o muzykę.

Krew ogień śmierć uzupełniono jeszcze kilkoma rozdziałami, spośród których tylko te o mediach, pieniądzach i pociesznych bliźniakach z Nifelheim coś wnoszą, bo pozostałe — metal i naziole, metal i kobiety (z jakiegoś powodu jest tu Gaahl i jego coming out…), odrodzenie wąsatego heavy metalu — wrzucono chyba tylko po to, żeby były, a autorzy mogli o sobie powiedzieć, że podeszli do zjawiska z każdej strony. Pomimo mojej krytyki i dość średniego warsztatu Iki i Jona, książka wypada całkiem nieźle jako wprowadzenie do tematu i dla młodszych słuchaczy powinna być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Mnie po jej przeczytaniu chyba najbardziej uderzył ogromny wpływ KISS na szwedzkich hardrockowców, bo o Amerykanach wspominają prawie wszyscy przepytywani ze swoich inspiracji.


demo
oficjalna strona wydawcy: www.kagra.com.pl
Udostępnij:

8 sierpnia 2021

Ghastly – Mercurial Passages [2021]

Ghastly - Mercurial Passages recenzja okładka review coverNie znam debiutu tego zespołu, ale już wydana trzy lata temu „dwójka” zwróciła moją uwagę specyficzną okładką i takim nie do końca oczywistym podejściem do death metalowej materii. Z jednej strony było to granie brudne i pierwotne, z drugiej zaś Finowie wzbogacili je paroma dość ambitnymi rozwiązaniami, które na pierwszy rzut ucha niekoniecznie pasowały do całości, a sprawdziły się całkiem nieźle. Po kilkudziesięciu sesjach z „Mercurial Passages” mogę śmiało stwierdzić, że wraz z upływem czasu muzyka Ghastly nabiera kolorów, wyrazistości i rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku.

Fundament brzmienia Finów stanowi mieszanka wpływów najwcześniejszych surowych nagrań Autopsy czy Death z tym, z czego zasłynęli ongiś rodacy Ghastly z Purtenance i Demigod oraz gitarowego piłowania typowego dla Sztokholmu i okolic. Innymi słowy jest w tym pierwotna moc, brzydota i ciężar, ale również charakterystyczne melodie i sporo intrygującego klimatu, który niekiedy przebija się na pierwszy plan. Tę klasycznie death metalową jazdę muzycy Ghastly coraz chętniej uzupełniają rozbudowanymi strukturami (jak w „Dawnless Dreams” i „Mirror Horizon”) oraz spokojniejszymi partiami o bardziej progresywnym zabarwieniu, które nie tylko dają chwilę oddechu od mielonki, ale przede wszystkim wprowadzają do utworów niepokojący nastrój. Podobne pomysły na wyjście poza schemat można znaleźć na „przełomowych” płytach Tribulation, Morbus Chron i Horrendous, przy czym z tymi ostatnimi Finowie mają chyba najwięcej wspólnego.

Na „Mercurial Passages” Ghastly proponują sporo dość wysublimowanego grania i chociaż nie ma ono nic wspólnego z techniczną ekwilibrystyką ani wybitnie skomplikowanymi aranżacjami, wymaga skupienia i paru wnikliwych przesłuchań. Nadrzędny, jednoznacznie death metalowy styl zespołu oraz daleka od krystalicznej produkcja (jakkolwiek krążek i tak brzmi mniej piwnicznie od poprzedniego) sprawiają, że można łatwo przeoczyć niektóre niuanse, które sprytnie poupychano między najbardziej typowymi dla gatunku patentami. W każdym razie album jest znacznie bardziej urozmaicony, niż to się początkowo wydaje.

Biorąc pod uwagę fakt, że za całość muzyki (kompozytorsko i wykonawczo) odpowiada w Ghastly tylko jeden człowiek, bardzo interesujące będą dalsze losy tego zespołu. Na Mercurial Passages daje się odczuć, że Ian J. D'Waters nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, ale trudno zgadywać, w jakim kierunku podąży – czy wytrwa przy mocnym graniu, czy też, wzorem wspomnianych wyżej młodych kapel, niedługo ucieknie w lajtowe i progresywne dźwięki. Obie opcje wydają się prawdopodobne i obu z ciekawością posłucham.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ghastlydeathmetal
Udostępnij:

31 lipca 2021

Grave Miasma – Abyss Of Wrathful Deities [2021]

Grave Miasma - Abyss Of Wrathful Deities recenzja okładka review coverObstrukcja bardzo! Aż ośmiu lat potrzebowali muzycy Grave Miasma, żeby wreszcie wydusić z siebie następcę gorąco przyjętego debiutu. I chociaż w międzyczasie „jakieś coś” się u nich działo — epka i zmiany w składzie — to można było mieć pewne obawy, co do kreatywności i przyszłości zespołu. Jednocześnie, niezależnie od wszystkiego, niebezpiecznie rosły wymagania w stosunku do ewentualnego następcy „Odori Sepulcrorum”, bo na tamtym albumie Anglicy zawiesili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, więc każdy fan obleśnego death metalu chciałby więcej takiego grania. Tylko może podanego trochę inaczej…

Czy wobec powyższego „Abyss Of Wrathful Deities” miał szansę przebić debiut i zaspokoić rozbuchane oczekiwania słuchaczy? Nie sądzę. I raczej nie ma to nic wspólnego z poziomem samej muzyki, a z wcześniejszymi wyobrażeniami na jej temat. Z jednej strony chciano czegoś nowego i zaskakującego, z drugiej zaś, żeby zbytnio nie odbiegała od „Odori Sepulcrorum” – pogodzić się tego nie da(ło), mimo to krążek brzmi, jakby Grave Miasma próbowali. No i cóż, zważywszy na to, w jak hermetycznej stylistyce się obracają, Anglicy stworzyli materiał nieco inny, z inaczej rozłożonymi akcentami, choć wciąż mający dość punktów wspólnych z pierwszą płytą, żeby można było mówić o ciągłości. W mojej opinii rezultat jest co najmniej bardzo dobry, ale nie zdziwię się, gdy znajdą się i tacy, dla których zespół w pewnych kwestiach zwyczajnie dał dupy.

Pierwsze, co się rzuca w uszy, to fakt, że Abyss Of Wrathful Deities nie jest albumem tak surowym i ponurym jak debiut, jest natomiast bardziej zniuansowany i wyraźnie szybszy, jednak o ekstremalnych tempach nie ma tutaj mowy. Zespół uwypuklił groove (w tym taki w stylu klasycznego death metalu), wprowadził rozbudowane i ściśle zespojone ze strukturami partie solowe (fajnie podkreślają klimat i dynamikę utworów) oraz mocniej niż kiedykolwiek zarysował linie melodyczne. Ponadto Grave Miasma nagrali całość zadziwiająco czysto i przejrzyście, choć mogli znacznie, znacznie głośniej. Dzięki tym zabiegom płyta, która ma źródła w z założenia dość odpychającej stylistyce, jest bardzo przystępna i wchodzi bez najmniejszego problemu od pierwszego przesłuchania. Czy to dowód na dojrzałość kompozytorską czy raczej wymiękanie – oceńcie sobie sami. Jedno jest pewne – zespół już tak chętnie nie będzie wymieniany w jednym rzędzie z Dead Congregation i Cruciamentum.

Jak dla mnie, Grave Miasma za sprawą Abyss Of Wrathful Deities udowodnili, że nie stoją w miejscu, że mają jakiś pomysł na siebie i wcale nie muszą się ograniczać do wałkowania riffów pod Incantation. Nie szukałem na tej płycie nowej jakości ani eksperymentów, toteż nie mam tutaj specjalnych powodów do narzekań.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gravemiasma.co.uk

Udostępnij:

18 lipca 2021

Degial – Death’s Striking Wings [2012]

Degial - Death’s Striking Wings recenzja okładka review coverSzwedzi zaczynali przygodę z muzyką jako Degial Of Embos, który to pogrzebali po zaledwie dwóch demówkach, by chwilę później wystartować od początku, już jako Degial. Trudno stwierdzić, co też się z chłopakami działo w tak zwanym międzyczasie, ale wywarło to na nich niezatarte wrażenie, bo zamienili trampki i niebieskie jeansy na skóry, łańcuchy i pasy amunicyjne. A w muzyce, no cóż… Death’s Striking Wings rozpoczyna się dość typowo i niewinnie, więc w pierwszych chwilach można posądzić chłopaków wyłącznie o fascynacje rodakami z Dissection, Sacramentum czy Necrophobic, ale z minuty na minutę materiał staje się coraz mniej oczywisty i nabiera fajnej wyrazistości.

Degial łoją pierwotny i surowo brzmiący death metal, w którym mieszają się wpływy amerykańskich protoplastów gatunku w postaci Possessed, Morbid Angel (najdalej do „Covenant”), Death (do „Scream Bloody Gore” i basta) czy Necrovore z bardziej melodyjnymi przedstawicielami szwedzkiej szkoły, których wymieniłem powyżej; przy czym w utworach zdecydowanie dominują inspiracje kapelami zza oceanu. Oczywiście tak poskładana muzyka jest zajebiście oklepana i nic nie wnosi do stylu jako takiego, aaale zagrano ją z odczuwalną pasją i zaangażowaniem, że budzi uznanie i po prostu musi się podobać. I chociaż Death’s Striking Wings charakteryzuje się większym pierdolnięciem niż większość wspomnianych klasyków, to wiernie odtwarza obskurną i przesyconą śmiercią atmosferę nagrań sprzed 20-25 lat i brzmi (za nagrania odpowiada ikona szwedzkiej sceny Fred Estby) w pełni autentycznie.

Z brakiem ogólnej oryginalności Death’s Striking Wings wiąże się pewien paradoks, bo z jednej strony można bez trudu wskazać, od kogo kolesie z Degial zapożyczyli sobie konkretny element, a z drugiej wcale nie ma wielu kapel, które by potrafiły w najdrobniejszych niuansach tak jednoznacznie i sprawnie nawiązać do klasyków. Weźmy na przykład „Serpent’s Tide” czy „Temple in Whirling Darkness”, w których pojawiają się riffy jakby żywcem wyjęte z „Seven Churches” – czegoś takiego nie słyszy się codziennie. Jeszcze ciekawiej wyglądają wpływy Morbid Angel, bo te z każdym kolejnym kawałkiem przebijają się coraz mocniej, by w połowie płyty przybrać absurdalne rozmiary. Niektóre utwory („Perpetual Fire” albo wolniejszy i bardziej rozbudowany „Death’s Striking Wings”) to niemalże medley’e polepione z przebojów Morbidów. Czy to źle? Nie przy tym poziomie wykonania i chwytliwości! Wcześniej na szwedzkiej ziemi chyba tylko Luciferion i Soulreaper tak wyraźnie inspirowali się Morbid Angel, przy czym ten drugi zespół był też personalnie powiązany z Dissection i Sacramentum…

Death’s Striking Wings to szybkie tempa, ostre riffowanie, solówkowe szarpidructwo i wściekłe darcie mordy (Pete Helmkamp z Angelcorpse się kłania), a to wszystko bez udziwnień, komplikowania na siłę i słodzenia, w dodatku zamknięte w błyskawicznie umykających 36 minutach. Jeśli tak podany death metal do was przemawia, to debiut Degial sprawi wam mnóstwo radości. Bardzo dobra płyta!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/profile.php?id=100063464230015

podobne płyty:

Udostępnij:

14 lipca 2021

Gojira – Fortitude [2021]

Gojira - Fortitude recenzja okładka review coverPięć lat oczekiwania na nowy album Gojira wypełniały mi rozmaite zapowiedzi, spośród których szczególny nacisk położono na te — a przynajmniej ja to właśnie na nich najbardziej się skupiłem — o powrocie do stylistyki znanej z „The Way Of All Flesh”, więc jako wielbiciel tamtego krążka byłem podjarany, że znowu będzie ciężko, technicznie i stosunkowo brutalnie. Tymczasem pierwsze upublicznione single, abstrahując od ich poziomu, nie miały z takim graniem nic wspólnego. A zatem kłamali, oszusty jedne? Nooo nie. Nie do końca, bo w paru (dosłownie) ostatnich utworach takie nawiązania istotnie się pojawiają, ale wydaje mi się, że ich głównym zadaniem jest zainteresowanie/utrzymanie zainteresowania fanów tego bardziej ekstremalnego oblicza kapeli.

Czy się to komuś podoba czy nie, Fortitude to w ogromnej części bezpośrednia i dość bezpieczna kontynuacja poprzedniej płyty wraz z niemal wszystkimi jej zaletami i niektórymi wadami, lecz pozbawiona eksperymentów, zauważalnych nowinek i świeżości tamtego materiału. Trochę to mało jak na pięcioletnią przerwę, czyż nie? Tym bardziej, że „Magma” była dla Gojira pewnym przełomem – zespół pokazał się światu z zaskakująco przystępnej/łagodnej strony i to chwyciło, bo trafił do wielu odbiorców spoza metalowych kręgów. Teraz Francuzi przede wszystkim starają się wykorzystać komercyjny potencjał i często-gęsto powielają znane i sprawdzone patenty, ale na szczęście dla siebie czynią to na tyle rozsądnie i z umiarem, że Fortitude jako całość broni się całkiem nieźle i — jak to piszą w anonsach — zyskuje przy bliższym poznaniu.

Album charakteryzuje się bardziej wyrównanym poziomem utworów niż „Magma” i słucha się go nieco łatwiej (czyli bez totalnych zgrzytów), co jednak nie oznacza, że wszystkie kawałki są równie udane. Jak na moje ucho niektóre fragmenty są zbyt rozwlekłe (w „Hold On”, „New Found”, „The Trails”), inne niepotrzebne (jak tytułowy, będący „mruczankowym” wstępem do mruczanki w „The Chant”) i w rezultacie w muzykę wkrada się za dużo monotonii. Ponadto odnoszę wrażenie, że w paru miejscach ideologia staje się dla Gojira ważniejsza niż same dźwięki, na czym traci wyrazistość utworów. Przeciwwagą dla pojawiających się zmiękczeń i przynudzania jest zestaw numerów zajebiście chwytliwych („Born For One Thing” i „Another World”) oraz mocnych i dynamicznych (jak „Into The Storm”, „Grind” czy „Sphinx”) – to właśnie dzięki nim przez 52 minuty Fortitude brnie się z dużą przyjemnością i naprawdę szkoda, że takich kompozycji nie znalazło się tu więcej. Po stronie plusów warto również wymienić zróżnicowane wokale. Mimo iż Joe coraz częściej stosuje czyste zaśpiewy, to są one na tyle urozmaicone i pewnie wykonane, że zupełnie nie przeszkadzają.

Chociaż pod pewnymi względami Fortitude jest płytą lepszą i bardziej spójną od poprzedniej, wydaje mi się, że to jednak „Magma” będzie częściej wspominana po latach jako materiał, który wniósł do dorobku Gojira coś nowego i niespodziewanego. Opisywany album to po prostu kolejna pozycja w ich dyskografii. Solidna, to fakt, ale bez szału.


ocena: 8/10
demoe
oficjalna strona: www.gojira-music.com

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

4 lipca 2021

Pestilence – Exitivm [2021]

Pestilence - Exitivm recenzja review„Ale to już było i nie wróci więcej”… Nic z tych rzeczy – to powraca wciąż i wciąż, a ja powoli mam już tego dość. Na Exitivm — obowiązkowo nagranym w całkowicie nowym składzie — Patrick Mameli po raz kolejny próbuje w muzyce nawiązać do wielkości „Testimony Of The Ancients” i „Spheres” i ożenić ten wiekowy już styl z nowoczesnym (czy po prostu – współczesnym) brzmieniem, w którym zasmakował zaraz po pierwszej reaktywacji zespołu. Czy ta synteza się udała czy nie – ta kwestia w zasadzie schodzi na dalszy plan, bo na pierwszy wysuwa się niestety wtórność takich zabiegów oraz to, że sprawiają wrażenie przeprowadzanych na siłę. Uprzedzając pytania – to nie jest najgorszy album Pestilence, choć do najlepszych bardzo dużo mu brakuje.

Exitivm rozpoczyna rozwlekłe i niepotrzebne intro, które przechodzi w… intro do „Morbvs Propagationem” – utworu, który wraz z następującym po nim „Deificvs” (również z intrem) wskazałbym jako najbardziej udane na płycie. W tych dwóch kawałkach Pestilence pokazują wszystkie swoje atuty, absolutnie wszystko, co mają do zaoferowania i to właśnie nimi wyczerpują temat. Dzięki licznym urozmaiceniom zespołowi udaje się całkiem nieźle utrzymywać uwagę słuchacza, zainteresować go i to jest jakiś sukces, bo już kolejne utwory nie wprowadzają niczego nowego, nie zaskakują, jadą za to na ogranych schematach i skutecznie się rozmywają. Słuchając piątego numeru, nie pamiętam już, co było w czwartym. Słuchając szóstego, nie pamiętam, co było w piątym… I tak dalej. Exitivm brakuje wyrazistych riffów czy zapamiętywalnych melodii, a konstrukcja sporej części kawałków jednoznacznie wskazuje, na jakich utworach z przeszłości Mameli się wzorował. Oczywiście w drugiej części płyty (czyli od 10 minuty w gorę) również trafiają się jakieś lepsze momenty — w „Pericvlvm Externvm”, „Exitivm” czy „Dominatvi Svbmissa” — ale żeby je wyłapać trzeba trochę wysiłku i skupienia.

Aby pogłębić i tak już oczywiste nawiązania „Testimony Of The Ancients”, Mameli zdecydował się na użycie klawiszy, których plamy w zamyśle miały „robić klimat” oraz podkreślać niektóre partie. Piszę „w zamyśle”, bo w rzeczywistości są dość przypadkowo porozpieprzane po całym materiale, bez wielkiego związku z death metalowym trzonem, więc spokojnie mogłoby się bez nich obejść. Równanie do „Testimony Of The Ancients” dotyczy również ogólnego tempa materiału – jest średnio-średnie. Na Exitivm blasty zredukowano do minimum (pojawiają się jedynie w „Morbvs Propagationem”) i tego w ogóle nie rozumiem, bo Michiel van der Plicht specjalizuje się w szybkim i intensywnym graniu, a tymczasem w większości utworów nie ma nawet szansy solidnie rozruszać kończyn. Mimo wszystko i tak jego wkład w muzykę jest bardziej odczuwalny niż Joosta van der Graafa, którego bas przebija się na powierzchnię może przez kilka sekund.

O wykonaniu nie ma sensu się wiele rozpisywać, bo z jednej strony wysoki poziom jest „oczywistą oczywistością”, z drugiej zaś Patrick nie postawił kolegów przed wyjątkowo wymagającym technicznie materiałem, który mógłby im sprawić jakiekolwiek problemy. Więcej uwagi warto poświęcić brzmieniu, bo w tym aspekcie nowy krążek Pestilence mocno różni się od poprzedniego. Exitivm bliżej do przytłaczającego i mechanicznego soundu „Doctrine” i „Obsideo”, więc ogólnie jest cieżko, brutalnie i tak dalej, jednak kosztem spójności z muzyką. „Hadeon” miał dużo lepiej dopasowane brzmienie do stylu i w związku z tym całość wypadała po prostu naturalnie, a przy okazji również była bardziej dynamiczna.

Jak już wspomniałem na początku, Exitivm nie jest najgorszym albumem Pestilence, choć dla mnie na pewno słabszym i mniej przekonującym od poprzedniego. Podobnie jednak jak na „Hadeon”, nie ma tu ani jednego kawałka, który mógłby zostać ze mną na dłużej, i o który mógłbym drzeć mordę na ewentualnym koncercie. Pewien problem widzę także i w tym, że jeśli mnie nachodzi na muzykę w stylu „Testimony Of The Ancients”, to biorę się za „Testimony Of The Ancients”, tanie substytuty zaś pomijam.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij: